To nie był sen. To nie był sen! Ja żyłam! Byłam wolna! Jest! Tylko co ja teraz zrobię? Nie miałam gdzie spać. Nagle jak na zawołanie zobaczyłam mężczyznę na koniu. Zatrzymał sie na drodze.
-Dzień dobry.-powiedział.
-Dzień dobry.
-Co tu robisz? Wiesz że to prywatny teren?
-Przepraszam... ja nie wiedziałam.
-To twoja klacz?
-Em.. tak.
-Gdzie mieszkasz?
-Nigdzie.
-Jak to?
-Odeszłam z domu.
-Ile masz lat?
-Piętnaście.
-Nie jesteś za młoda by żyć sama? Na własną rękę?
-Nie mam gdzie sie zatrzymać.
-Na prawdę?
-Tak.
-Hmmm... mam gospodarstwo obok. To moje ziemie. Możesz sie u mnie zatrzymać.
-A klacz? A poza tym nie mam pieniędzy...
-Pomożesz na gospodarstwie i będziesz mogła opłacić pokój i miejsce na klacz.
-Nie wiem..
-Jedź ze mną
Dosiadłam klacz i ruszyłam z nim.
-Jak nasz na imię?
-Valentina.
-Jestem Jack Cipriano.
-A klacz?
-Księżniczka.
-Gdzie mieszkałaś?
-Daleko.
-Od dawna masz kontakt z końmi?
-Nie... tak na prawdę ta klacz jest dzika.
-Właśnie poznaje ją. Błąkała się tu.
Dojechaliśmy do gospodarstwa.
-Maria zaprowadź ją na strych. Tam zamieszka. Niech sie rozejrzy. A ja klacz odstawie do boksu. Daj jej też coś na przebranie się. Będzie wam pomagała.
Zeszłam z klaczy i poszłam z kobietą. Zaprowadziła mnie do dużego domu. Potem poszłyśmy na strych. Było tu ładnie. Był to taki dodatkowy chyba pokój.
-Jesteś głodna?
-Trochę.
-Przyniosę ci coś do jedzenia a ty przebierz się w to. Może być trochę za duże ale dasz rade.
Wyszła a ja zobaczyłam ubrania. Granatowe spodnie i czerwona koszula w kratę. Ubrałam się w to. Dodatkowo był kowbojski kapelusz. Założyłam go i przejrzałam się w starym zakurzonym lustrze. Wyglądałam ładnie. Pasowały mi te ubrania.
-Panienka ładnie wygląda.-powiedziała nagle ta gosposia.
Postawiła na starym stoliku talerz z omletem.
-O bardzo dziękuje.
-Czym sie zajmujesz?
-Em.. nie mam nic konkretnego.
-Umiesz gotować? Sprzątać?
-Gotować nie ale sprzątać tak.
-Dobrze to cie nauczę. Rozmawiałam z Panem Cipriano. Będzie mi pomagała w domu.
-Dobrze.
-Ile masz lat?
-Piętnaście.
-O jesteś o rok młodsza od Shadow'a. Jest to syn właściciela tego gospodarstwa.
-To fajnie. Może sie z nim zaprzyjaźnię?
-To dobry chłopak.
Zjadłam omlet.
-Dziękuję był naprawdę dobry.
-Dziękuję.
-Mogłabym się rozejrzeć po okolicy?
-Oczywiście że tak tylko wróć szybko bo obiad trzeba zrobić.
-Dobrze.
Podeszłam z Marią do drzwiczek i zeszłyśmy po drabinie na dół. Na tym strychu było na prawdę przyjemnie. Trochę posprzątam i bedzie ładnie.
Wyszłam z domu. Posiadłość Pana Cipriano była ogromna. Postanowiłam zwiedzić ją z Księżniczką. Poszłam więc do stajni.
-Dzień dobry.-powiedział.
-Dzień dobry.
-Co tu robisz? Wiesz że to prywatny teren?
-Przepraszam... ja nie wiedziałam.
-To twoja klacz?
-Em.. tak.
-Gdzie mieszkasz?
-Nigdzie.
-Jak to?
-Odeszłam z domu.
-Ile masz lat?
-Piętnaście.
-Nie jesteś za młoda by żyć sama? Na własną rękę?
-Nie mam gdzie sie zatrzymać.
-Na prawdę?
-Tak.
-Hmmm... mam gospodarstwo obok. To moje ziemie. Możesz sie u mnie zatrzymać.
-A klacz? A poza tym nie mam pieniędzy...
-Pomożesz na gospodarstwie i będziesz mogła opłacić pokój i miejsce na klacz.
-Nie wiem..
-Jedź ze mną
Dosiadłam klacz i ruszyłam z nim.
-Jak nasz na imię?
-Valentina.
-Jestem Jack Cipriano.
-A klacz?
-Księżniczka.
-Gdzie mieszkałaś?
-Daleko.
-Od dawna masz kontakt z końmi?
-Nie... tak na prawdę ta klacz jest dzika.
-Właśnie poznaje ją. Błąkała się tu.
Dojechaliśmy do gospodarstwa.
-Maria zaprowadź ją na strych. Tam zamieszka. Niech sie rozejrzy. A ja klacz odstawie do boksu. Daj jej też coś na przebranie się. Będzie wam pomagała.
Zeszłam z klaczy i poszłam z kobietą. Zaprowadziła mnie do dużego domu. Potem poszłyśmy na strych. Było tu ładnie. Był to taki dodatkowy chyba pokój.
-Jesteś głodna?
-Trochę.
-Przyniosę ci coś do jedzenia a ty przebierz się w to. Może być trochę za duże ale dasz rade.
Wyszła a ja zobaczyłam ubrania. Granatowe spodnie i czerwona koszula w kratę. Ubrałam się w to. Dodatkowo był kowbojski kapelusz. Założyłam go i przejrzałam się w starym zakurzonym lustrze. Wyglądałam ładnie. Pasowały mi te ubrania.
-Panienka ładnie wygląda.-powiedziała nagle ta gosposia.
Postawiła na starym stoliku talerz z omletem.
-O bardzo dziękuje.
-Czym sie zajmujesz?
-Em.. nie mam nic konkretnego.
-Umiesz gotować? Sprzątać?
-Gotować nie ale sprzątać tak.
-Dobrze to cie nauczę. Rozmawiałam z Panem Cipriano. Będzie mi pomagała w domu.
-Dobrze.
-Ile masz lat?
-Piętnaście.
-O jesteś o rok młodsza od Shadow'a. Jest to syn właściciela tego gospodarstwa.
-To fajnie. Może sie z nim zaprzyjaźnię?
-To dobry chłopak.
Zjadłam omlet.
-Dziękuję był naprawdę dobry.
-Dziękuję.
-Mogłabym się rozejrzeć po okolicy?
-Oczywiście że tak tylko wróć szybko bo obiad trzeba zrobić.
-Dobrze.
Podeszłam z Marią do drzwiczek i zeszłyśmy po drabinie na dół. Na tym strychu było na prawdę przyjemnie. Trochę posprzątam i bedzie ładnie.
Wyszłam z domu. Posiadłość Pana Cipriano była ogromna. Postanowiłam zwiedzić ją z Księżniczką. Poszłam więc do stajni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz